Zuzia, lalka nieduża
Myślę o jej przyjściu na świat i widzę czarną dziurę.
Owszem – silnego uczucia towarzyszącego tej transgresji nie zapomnę do końca życia. Natomiast sam obraz? Mimo łez szczęścia i wyczuwalnych resztek płynu owodniowego na drobnym ciele maluszka stopniowo blaknie, szatkując się na elementy niezdolne do ponownego złożenia.
Zresztą – przy dziecku dni lecą w tempie przypominającym mrugnięcia okiem. Zamykasz powiekę, otwierasz i okazuje się, że minął tydzień, dwa, miesiąc, a dziecko wskoczyło w kolejne okno rozwojowe. Nie ma czasu na wspominki. Liczy się tu i teraz.
Nasz poród trwał równe 17,5 godziny. Lekarze ze Szpitala Uniwersyteckiego do samego końca walczyli o to, aby wydarzył się naturalnie, jak Pan Bóg przykazał.
Stwórca miał jednak inny plan. Ewidentnie nie chciał powitać naszej córki osobiście. Skąd to wiem?
A stąd, że przydzielił nam jednego ze swoich cesarzy, który zlecił cięcie.
Pół godziny później, po świcie, dniu i zmierzchu w moje ręce trafił mój człowiek z mojej krwi. Pielęgniarka kazała kangurować, więc w manii i niedowierzaniu ująłem kruchą istotę, przyłożyłem do siebie, z zafascynowaniem śledząc jej ostrożne, przytłumione reakcje na nową, nieznaną rzeczywistość.
Minęła godzina. Personel zgarnął Zuzię, całą i zdrową, na oddział noworodków. Diana, również cała i zdrowa, lecz pokiereszowana i z tablicą Mendelejewa w żyłach udała się na zasłużony odpoczynek, a ja pojechałem do domu.
Już wtedy nie umiałem ująć w kadr tego, co się stało. Ilekroć próbowałem, wciągała mnie nicość, jak galaktyka w Gwiezdnych Wojnach podczas skoku w nadprzestrzeń.
Ale uczucie zostało. Gorzej z odpowiedzialnością. Średnio ją czułem – również za sprawą szpitala.
Nie, żebym narzekał na personel Kopernika. Wręcz przeciwnie. Wspaniale prowadził nas przez pierwsze dni poporodowe. Osobiście wyręczali mnie na tyle, że odwiedzając dziewczyny zawsze miałem alibi – i to narzucone z góry.
Małą trzeba zawinąć w rożek? Pielęgniarka pokaże. Przebieramy pieluchę? Spokojnie, lekarka się tym zajmie. Ja w tym czasie przeciągnę się, podrapię po głowie i skoczę do automatu po kawę. Albo colę, kaw wypiłem już ze trzy.
Potem wracałem na salę. Diana karmiła, a ja siadałem, bardziej dodając otuchy jej, niż pomagając przy dziecku.
Wszystko zmieniło się, gdy wróciliśmy do domu.
A na dodatek cała ze szmatek
Pomiętych, pachnących mlekiem, białych, tetrowych pieluszek. Są wszędzie. W każdym kącie.
Ale po kolei.
Rozglądając się wewnątrz taksówki w drodze powrotnej do domu z lekkim niepokojem dostrzegłem brak ekipy z porodówki.
Wtedy głośno przełknąłem ślinę.
Na szczęście dzień mijał spokojnie. Zuza spała, przebudzała się, jadła, znów zasypiała i tak w kółko.
Straszą tym rodzicielstwem, a przecież wcale nie jest takie złe. Ludzie ulegają zbiorowej histerii, opowiadając niestworzone historie – że nie ma w co rąk włożyć, że kolki wykańczają dziecko (fizycznie) i rodzica (psychicznie), a o wolnej chwili dla siebie można na długo zapomnieć.
Najwyraźniej ten stek bzdur nie dotyczył nas, skoro odłożyliśmy Zuzę do łóżeczka w drugim pokoju, odpaliliśmy nianię na kamerce i włączyliśmy Sukcesję.
W życiu, a w tym serialu szczególnie, pycha kroczy przed upadkiem. U nas, między nimi, był jeszcze rozdzierający krzyk.
Gwoli wyjaśnienia – gdy dziecko przypomni sobie o głodzie, nic, oprócz jedzenia, nie jest w stanie go uspokoić. Nam wylosowało się takie, które od pierwszych minut życia z radością przyssywało się do pokarmu.
Nie tym razem.
Mleko tryskało na wszystkie strony, a Zuza, krztusząc się i wymiotując dawała znać nam i sąsiadom, że nie przestanie, dopóki szyby w oknach nie zaczną pękać wskutek wysokich częstotliwości.
Diana powiedziała, żebym uruchomił laktator. Oczywiście nie przyszło nam do głowy, żeby złożyć go wcześniej. Teraz, w apogeum walki, otwierałem opakowanie i studiowałem 30-stronicową instrukcję, a Diana próbowała zatamować mleko bryzgające dookoła.
Z książeczki nie rozumiałem ani słowa. Odpaliłem YouTube’a z tutorialem. Wreszcie złożyłem sprzęt i w pośpiechu podałem partnerce. Wtedy zapytała:
- A wyparzyłeś go wcześniej?
Mhm. Wyparzyłem
Dziecko płakało coraz głośniej, a ja zabrałem się za montaż sprzętu do dezynfekcji akcesoriów dziecięcych.
Uff, złożone. Do wyparzenia użyliśmy zwykłej kranówy, zamiast demineralizowanej wody, tym samym narażając się perfekcyjnym matkom z Instagrama, ale teraz zależało nam tylko na zakończeniu laktacyjnego koszmarku. Nasze dziecko zapowietrzyło się już tak, że prawie frunęło pod sufit.
Lecz koszmar trwał. Okazało się, że laktator tylko napędzi nadprodukcję mleka, tym samym potęgując problem, zamiast mu zaradzić. Wzięliśmy kolektor, ale ten był niczym więcej, niż zwykłym pojemnikiem.
Zadzwoniliśmy do położnej. Skarciła nas grzmiąco i rozkazała zrobić okład z liści młodej kapusty. No to pobiegłem do osiedlowego sklepu i wróciłem do domu z ładną, zieloną główką młodej kapusty. W progu zobaczyłem salon zalany mlekiem, Dianę u kresu sił oraz Zuzę.
Spała jak aniołek.
Tego wieczoru, zamiast Sukcesji, doszło do porażki. Oglądania seriali odechciało się nam na bardzo długo.
Tata, ojciec? Nie kojarzę
Po około miesiącu utrwalił się domowy podział obowiązków, a ja ponownie oddaliłem się od ojcostwa. Okazało się bowiem, że tylko w rękach Mamy znajdowała ukojenie. U taty dostawała niekończących się spazmów.
Czerwiec pamiętam jako jeden, długi dzień świstaka. Diana bez przerwy zajmowała się Zuzą, a ja odkurzałem, myłem podłogę, gotowałem, chodziłem do sklepu i pracowałem. Czasem zmieniała się kolejność obowiązków, lecz forma? Nigdy.
Oboje czuliśmy niesprawiedliwość ze strony Maluszka. Bycie pełnoetatową niańką, która siedzi non stop z dzieckiem męczy jeszcze bardziej, niż funkcja 3-etatowej gosposi. Diana wykonywała (i wykonuje nadal) najcięższą robotę. Ale ją Zuza akceptowała od początku, dając regularne uznanie oczami.
Wiecie, tak oczami robiła.
A ja miałem wrażenie, że dla Zuzy jestem obcy. Że patrzy na mnie i widzi jakiegoś wąsatego chłopa, który nie wiedzieć czemu kręci się wokół mamy.
W Breaking Bad jest taka scena, gdy Gus Fring próbuje namówić Waltera do gotowania metamfetaminy w swoim laboratorium. Walt mówi nie, ale Gus jest sprytny. Wie, że ego i duma Walta to jego największe słabości, więc stosuje manipulację.
Co robi mężczyzna, Walt? Mężczyzna zapewnia byt swojej rodzinie. I robi to nawet wtedy, gdy nie jest doceniany, szanowany ani kochany. Po prostu to znosi i robi swoje. Bo jest mężczyzną.
Nie chciałem być takim mężczyzną, ale ze względu na sytuację musiałem się nim stać. Postanowiłem jednak zrobić to jak facet.
Na własnych zasadach.
Staraj się być teraz, bo później nie odmienisz
I skończysz jak Marek Kondrat z Miśkiem Koterskim w Dniu Świra.
Jeden nie odmieni czasownika być. Drugi nie odmieni straconego czasu. Łączy ich niewidzialny mur, po którego stronach stoją jak wryci.
Nie zakładaj nic z góry
Rutyna i dziecko to równanie z co najmniej jedną niewiadomą. Kiedy po długim rollercoasterze zaczniesz sądzić, że przewidywalność znów pojawia się w Twojej codzienności i zaplanujesz np. obiad ze znajomymi – uważaj.
Pożałujesz na 99%, a Twoja pociecha 10-godzinnym rykiem wybije Ci takie pomysły z głowy.
Noś dziecko, dopóki go nie wynosisz
W usypianiu, odbijaniu, uspokajaniu, nie ma ważniejszej cnoty od cierpliwości. Zdarza się, że po 5 minutach wykonasz misję, ale bywa tak, że spacerujesz 3 godzinę, a dziecko nie daje za wygraną. Ty też nie możesz. Traktuj to jak pańszczyznę. Złota nie dostaniesz, ale odrobinę świętego spokoju – owszem.
Prędzej lub później. No dobra, raczej później.
Miej przy sobie tetrową pieluchę
Twój bark lub Twoja podłoga. Któreś z tych miejsc zostanie obrzygane przez maluszka. Jeśli pierwsze – ochronisz ramię. Jeśli drugie – unikniesz jednej ze 100 plam zaschniętego mleka na posadzce lub parkiecie. Zależy, jakie wnętrza lubisz.
Decyzja należy do Ciebie.
Naucz się szuszać lub zainwestuj w Dysona
Usypiając Zuzę zaczynaliśmy od kołysanek, ale wersy takie, jak Wlazł kotek na płotek i mruga doprowadzały ją do szału. Co innego szum odkurzacza lub okap włączony na 2 poziomie. Szeleszczące dźwięki generowane za pomocą ust też dają radę, tylko trzeba płukać buzię, bo wiadomo – szuszanie wysusza.
Badum-tsst!
Rób teraz to, co chcesz zrobić potem
I streszczaj się, bo później…
…ok, idę do Zuzy, właśnie zaczęła płakać.
Odkładaj pociechę do łóżeczka
Przed tym dylematem stoi każdy rodzic, któremu po wielu trudach dziecko wreszcie padło na rękach. Odłożyć, czy zostawić na rękach? A co, jeśli się obudzi?
Spokojnie, nie obudzi.
Wystarczy szuszać, bujać, przeskakiwać z nogi na nogę, kołysać się jak kaczka naraz, przy jednoczesnym, wahadłowym ruchu ciała przeciwnie do kierunku wskazówek zegara i ułożyć język w trąbkę.
No dalej. Idź poćwiczyć przed lustrem.
Nie zatrać się w rodzinie
Ostatnie akapity były trochę żartobliwe. Ten piszę serio.
Niełatwo być ojcem. Szczególnie, gdy ostatnie lata hulało się z drugą połówką bez większych odpowiedzialności. Hajs się zgadzał, przyjemności też i generalnie żyło się pod siebie.
W ciągu roku z wolnych elektronów zamieniliśmy się w dojrzałe wiązania – kredytowe, remontowe, domowe, przeprowadzkowe i, przede wszystkim, rodzicielskie.
Siedzimy w tym razem po uszy. Ja, Diana, Zuzia, Kotlet i Miso.
Piątka Starców.
Powoli uzmysławiam sobie, że my naprawdę jesteśmy rodziną. Daleką od ideału, ale coraz lepszą.
Tylko lonty mamy krótkie, a punkty zapalne przesunięte blisko granicy wybuchu. Kłócimy się częściej. Ze stresu, zmęczenia materiału, o to, czyja wypada kolej na opiekę i z obawy przed rosnącymi wydatkami.
Raz, podczas spaceru, wdaliśmy się w dość burzliwą rozmowę. Nagle Diana powiedziała
- Muszę poruszyć z Tobą jeszcze jedną rzecz.
Oho, no to zaraz będzie.
Westchnąłem i z gorzką rezygnacją zachęciłem Dianę do wytoczenia dział. Zaczęła mówić. Usłyszałem niespodziewanie miękki ton. Treść zaskoczyła mnie jeszcze bardziej.
- Uważam, że powinieneś wrócić do pisania. Wszyscy lubili Twojego bloga, chwalili go, czekali na wpisy. Przyniósł Ci dużo dobrego i myślę, że wciąż może.
Miała rację?
To się okaże.
Tak czy inaczej, głupio wracać z pustymi rękami, więc przyniosłem informacje poufne – licząc się z konsekwencjami złamania najważniejszej, niewspomnianej dotąd reguły Young Father’s Hustle Club.
Zamiast gadać o klubie, zajmij się dzieckiem!