Tadeusz, fajkę przerzuć
Z fajkami łączyła mnie toksyczna relacja.
Każdy palacz wikła się w nią bezwiednie. Każdy z początku wmawia sobie, że jara tylko na imprezach. Że ma pełną kontrolę. Że nie pali, bo musi, tylko lubi.
Nie jak ci uzależnieni. Widać ich na przystankach, w bramach, jak rozrywają paczkę trzęsącymi się łapami, a zamiast głębokiego oddechu wolą, gdy tytoniowa chmura siada im na płuco.
Coś okropnego.
Na szczęście my, ludzie świadomi, romantyzujemy uzależnienia ze znamienitym skutkiem.
Odczarujmy więc ten paskudny, duszno-miejski obrazek. Przenieśmy się do Cieszanowa – podkarpackiej wsi nieopodal Przemyśla. Tam mieszkał mój ś.p. Dziadek. To on zainspirował mnie do pierwszego, niewinnego buszka w wieku 6 lat.
Zawsze palił. Najpierw Popularne bez filtra, potem ukraińskie z przemytu. Raz rzucił, co polegało na tym, że z grubych szlugów przeszedł na cienkie. Niestety, pyrrusowe “zwycięstwo z nałogiem” nie szło w parze z zadowoleniem. Slimy nie sprawiały Dziadkowi przyjemności. Z drugiej strony pękał z dumy i często chełpił się zwycięstwem z używką. Kompletnie nie rozumiałem tej pokrętnej logiki, więc raz, widząc go z papierosem, powiedziałem mu z dziecięcym wyrzutem.
– Dziadku, Ty palisz!
Spojrzał na mnie uważnie i rzekł z rozbrajającą szczerością.
– Piotruś… przecież to nie jest papieros.
I tak kłamstwo stało się prawdą, a Dziadek zaszczepił we mnie niechęć do slimów. W późniejszych latach unikałem ich jak własnego ognia w kieszeni.
Jednocześnie rozbudził ochotę na „normalnego”. W moich pacholęcych oczach ten kawałek zmiętej bibułki wypełnionej sprasowanym tytoniem i wetknięty w kącik ust definiował męskość. Budował charakter. Sprawiał, że obok Dziadka nie dało się przejść obojętnie. Dzięki niemu był dobry, zły i brzydki. Jednocześnie.
Pewnego czerwcowego dnia wymknąłem się do ogrodu podczas poobiedniej sjesty. Z leśniczej kurtki Dziadka zdobionej mosiężnymi guzikami z wygrawerowanym polskim orłem (którą, notabene, mam do dziś w szafie) zawinąłem szluga w pakiecie z zapalniczką.
Dotąd sztukę zaciągania trenowałem przy pomocy lizaka. Sądziłem, że z prawdziwym petem będzie tak samo.
Myliłem się.
Dym drapał gardło, szczypał w oczy i cuchnął dorosłością w najgorszym wydaniu. Nie chciałem dojrzewać w taki sposób. Cisnąłem niedopałkiem o ziemię, zdeptałem go, zasypałem i wróciłem do domu z mocnym postanowieniem dożywotniej, nikotynowej wstrzemięźliwości.
I wytrwałem. Aż do pierwszej liceum.
Wszystko z dymem
13 miesięcy temu wylatywaliśmy na Sri Lankę, a mi leciał 16 rok palenia.
W rzucaniu fajek byłem krótkodystansowcem, działającym według sprawdzonego schematu. Przez pierwsze 5-10 dni dosłownie pękałem z dumy i zarażałem wszystkich chorobliwym entuzjazem eks-palacza wyzwolonego. U schyłku drugiego tygodnia moje głośne deklaracje cichły, a ja pogrążałem się w milczącej, wewnętrznej walce którą finalnie, między 15 a 25 dniem, oddawałem walkowerem.
Pamiętam, że raz doszło do totalnego absurdu, gdy paliłem po kryjomu, a innym mówiłem, że dalej się trzymam.
Byle by tylko uniknąć konfrontacji z nałogiem.
O wiele łatwiej wpleść go w codzienność. Na jej polu papierosy są niezwykle wdzięcznym instrumentarium. Wydobywają smak z porannej kawy, urozmaicają kluczowe sceny w ulubionym filmie, dodają koloru zachodzącemu słońcu. Słowem – przekształcają małe i większe rytuały w uroczyste ceremonie.
I kurewsko uzależniają.
A jednak na Sri Lance rzuciłem.