Historie

Życie w kartonie, ono nie jest dla lamusa

Czyta się około: 6 minut

zdjęcie do artykułu

Mówili, ze warto przejść na swoje. No to jestem. Po kilkunastu latach wynajmu mniej lub bardziej okazjonalnego zakończyłem lokatorskie doświadczenie i objąłem stanowisko kredytowego landlorda. Mój jest ten kawałek (barlineckiej) podłogi, a wy nie mówcie mi, co mam robić. Najpierw muszę odkopać chałupę z kartonów.

Tekturowe zdania, odklejone myśli

 

Gdybym wybierał soundtrack do filmu, który najwierniej opowiada o bieżącym wycinku mojego życia, postawiłbym na debiut eks-lidera Myslovitz.

 

Składam się z ciągłych powtórzeń Artura Rojka to album wypełniony kapitalnymi numerami. Do dziś marszowa Beksa rozdziera krzykiem od środka, Syreny z chwytliwym hookiem przypominają, że od Niej nie da się uciec, a Lato 76 uzmysławia ulotność naszego tu i teraz. 

 

Lecz nie przebojowość tej płyty rezonuje ze mną w tej chwili, a tytuł, który literalnie opisuje codzienność, w jakiej się znalazłem.

 

Codzienność, która składa się z ciągłych powtórzeń. 

 

Od miesięcy nic, tylko składam. Składam i składam. Codziennie.

 

Oprócz tego kleję, przekładam i rozkładam. Przerzucam też, ale nigdy, gdy środek wypełniają przedmioty o kruchej strukturze. Wtedy chwytam delikatnie i odkładam ostrożnie, jakbym trzymał w rękach niemowlę, którego opadająca główka potrzebuje wsparcia rodzicielskiej dłoni. 

 

A gdy jest już dawno po zachodzie słońca, a latarnie wszędzie dawno zgasły, patrzę wokół i nawet nie przecieram oczu ze zdumienia. Kartony pietrzą się przed nimi w coraz nowszych kondygnacjach. Zdarza się i tak, że wpatrując się w daną konstrukcję, na chwilę przymknę powieki lub odwrócę zmęczony wzrok. I tyle wystarcza aby to, co powstało na papierowych fundamentach, z powrotem walało się po mieszkaniu. 

 

Dzieje się tak ze względu na zaawansowane właściwości międzywymiarowe. Kartonom wystarczy kilka zgięć i szarpnięć, aby z trójwymiaru prześć w dwuwymiar i odwrotnie. Przy takim tempie wrota do czwartego wymiaru niebawem staną przed nami kartonem.

 

Powinno być otworem. Wiem, ale co poradzę? Kartony, oprócz czasu i przestrzeni w mieszkaniu, zajmują mi też głowę. Ilekroć porządkuję myśli, szukam słów do wypowiedzi, zderzam się z jedną ze ścian. Zamiast mówić, dukam – częściej prostackie równoważniki, niż klasyczne w prostocie i elegancji zdania. Zamiast myśleć, błądzę wewnątrz kwadratowej głowy pośród idei postrzępionych tak, jak resztki taśmy klejącej na brzegach tektury.

 

A kiedy w końcu ułożę coś zgrabnego to i tak nie przykuwam uwagi rozmówcy.

 

No bo czy kogoś, na dłuższą metę, interesuje to, ile pudeł spakowałem, rozpakowałem i przeniosłem?

 

Chyba tylko tych, co składają, składają i złożyć wciąż nie mogą.

zdjęcie do artykułu

Źródło – @dj_projektuje

Od lodówki, przez garaż, do lamusa

 

W nowym mieszkaniu żyjemy bez kuchni. Miała być z Ikei, lecz tym razem żółto-niebieski hegemon nie dowiózł. Zamiast szafek i blatów zafundował godziny wiszenia na słuchawce oraz niesmak. Na tyle wyraźny, że długo nie przykryją go ikeowskie hot-dogi i mrożony torcik Daim.

 

A przecież sami mówią – Ikea. Ty tu urządzisz.

 

Proponowałbym coś bardziej osadzonego w realiach, np: 

 

  1. Ikea. Ty tu zabłądzisz
  2. Ikea. Za ciężka do zniesienia
  3. Ikea. Tu się wykończysz

 

To są luźne propozycje. Wymagają szlifu, ale ze swojej strony rekomendowałbym trzecią opcję. 

 

Gdybyście słyszeli, że Ikea planuje zmieniać claim, dajcie cynk. Może akurat siądzie fajna współpraca.

 

Tymczasem wróćmy do kuchni, której wciąż nie ma.

 

Tylko lodówka jest tam, gdzie powinna. No więc otwieram tę lodówkę. W jej wnętrzu piętrzy się dieta pudełkowa na dziś i jutro.

 

Czy to przypadek, że akurat wtedy, gdy mieszkanie tonie w pudłach zadbaliśmy, aby kolejne wyskakiwały z lodówki? Dosłownie i w przenośni, jak w popularnym związku frazeologicznym?

 

Nie wydaje mi się.

 

Tak samo, jak nie wydaje mi się, że w garażu mamy pudełkowe epicentrum. To tam, niczym do schroniska dla zwierząt na Rybnej, trafiają wszystkie niechciane i porzucone kartony. Są wśród nich płotki po drobnych przedmiotach, grubsze ryby po książkach i rzadkie, wielkie gabaryty, które pomieszczą telewizor plazmowy, ramę łóżka lub kanapę.

 

Agnieszka Chylińska śpiewała, że kiedyś powie sobie dość i wie, że to już niedługo. Ja też nuciłem te melodię ilekroć przekraczałem garażową bramę. W końcu, gdy kartony ostatecznie zablokowały wejście, powiedziałem sobie to, co O.N.A.

 

Dość.

 

Tylko gdzie wywieźć śmieci, skoro MPO przyjeżdża dopiero za kilka tygodni?

 

Do lamusa.

 

Takie rozwiązanie zasugerował Lanco. Choć do lamusa mu daleko, to ostatnio odwiedził Lamusownię przy Nowohuckiej. Z jego relacji wynikało, że obiekt działa na podobnych zasadach, co biblioteka publiczna. Nie trzeba się zapisywać, nie trzeba mieć karty. Wystarczy opłacona składka za wywóz na terenie Krakowa. 

 

No i warto mieć przy sobie jakieś śmieci celem utylizacji. Na tym polega cała zabawa.

 

Na wjeździe do Lamusowni meldujesz się pod szlabanem. Deklarujesz ilość i rodzaj śmieci, pan sprawdza, czy masz uregulowane rachunki i wpuszcza Cię na wysypisko.

 

Teren jest świetnie oznakowany i prowadzi użytkownika niczym przejrzysta strona internetowa z pierwszorzędnym UX designem. Doświadczenie rozpoczyna się od wjazdu na poziom +1. Tam, na mniej więcej 100-metrowym odcinku, czekają kolejne stanowiska zrzutu. Wśród nich mamy drewno, metal, styropian, plastik, odpady zmieszane – wszystko, co dusza potrzebuje wypluć. Meldujesz się pod tym, które dotyczy Twoich śmieci, podchodzisz pod krawędź i ciskasz worki w dół. Prosto do ogromnego kontenera.

 

Nie spodziewałem się, że w zwykłym rzucie kryje się tak wiele satysfakcji. To wszystko trwa ledwie moment, a ile spraw rozwiązuje! Ile przestrzeni odkrywa! Ile ścieżek otwiera! Serce mi rosło, gdy obok widziałem małżeństwa, rodziny z dziećmi, dla których wyprawa do Lamusowni jest prawdziwą atrakcją. Czym to się różni od wycieczki do Energylandii? Ceną i brakiem kolejek na pewno.

 

A także poczuciem sprawczości. Wyrzucając śmieci tam, gdzie ich miejsce, robimy dobrze i sobie i planecie. Win-win. Choć w sumie nie znam się, a wypowiadam, bo w Energylandii nie byłem. Na szczęście do jej odwiedzin wkrótce będzie więcej okazji.

 

Wyjeżdżając z Lamusowni trafiliśmy na parter, wyposażony w takie bajery, jak zgniatarki do kartonów, specjalne, stożkowate pojemniki na szkło, a nawet miejsca do utylizacji sprzętu elektronicznego. Ze względu na domową kartonozę, to właśnie tu zabawiliśmy najdłużej. Po wszystkim znaki przy drodze asfaltowej pokierowały nas do wyjścia.

 

Naprawdę, cudze chwalimy, a swego nie znamy. Gdy Marsylia, Neapol, Budapeszt, Londyn tkwią w śmieciowym kryzysie, my możemy je wyrzucać, a w dodatku  świetnie się przy tym bawić. Żeby była jasność – nie polecam kolekcjonować śmieci, ale gdyby uzbierało się ich za dużo i chcielibyście przewietrzyć kubeł – jedźćie do Lamusa. Nie pożałujecie.

 

 

No i co? Pudło!

 

Kartony do stabilności potrzebują ciężaru gatunkowego. Niestety rzadko grzeją gdzieś miejsce na dłużej. Wędrują z rąk do rąk, by skończyć w kącie, na ziemi, w śmietniku. Bez kształtu i bez tożsamości, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto zechce im go nadać.

 

Na szczęście chętnych do przeprowadzek nie brakuje.

 

A nie ma takich, którę odbyłyby się bez udziału kartonów.

zdjęcie do artykułu

Źródło – @dj_projektuje

Data publikacji: 28.01.2026

skopiowano do schowka
zdjęcie autora

Autor

Piotr Olejnik

Chcesz coś dodać?

Proszę bardzo 👇

oj coś nie pykło..., spróbuj jeszcze raz lub zgłoś problem: piotrolej@gmail.com

Historie

czyta się 6 minut

Życie w kartonie, ono nie jest dla lamusa

zdjęcie do artykułu

Źródło – @dj_projektuje

Mówili, ze warto przejść na swoje. No to jestem. Po kilkunastu latach wynajmu mniej lub bardziej okazjonalnego zakończyłem lokatorskie doświadczenie i objąłem stanowisko kredytowego landlorda. Mój jest ten kawałek (barlineckiej) podłogi, a wy nie mówcie mi, co mam robić. Najpierw muszę odkopać chałupę z kartonów.

Tekturowe zdania, odklejone myśli

 

Gdybym wybierał soundtrack do filmu, który najwierniej opowiada o bieżącym wycinku mojego życia, postawiłbym na debiut eks-lidera Myslovitz.

 

Składam się z ciągłych powtórzeń Artura Rojka to album wypełniony kapitalnymi numerami. Do dziś marszowa Beksa rozdziera krzykiem od środka, Syreny z chwytliwym hookiem przypominają, że od Niej nie da się uciec, a Lato 76 uzmysławia ulotność naszego tu i teraz. 

 

Lecz nie przebojowość tej płyty rezonuje ze mną w tej chwili, a tytuł, który literalnie opisuje codzienność, w jakiej się znalazłem.

 

Codzienność, która składa się z ciągłych powtórzeń. 

 

Od miesięcy nic, tylko składam. Składam i składam. Codziennie.

 

Oprócz tego kleję, przekładam i rozkładam. Przerzucam też, ale nigdy, gdy środek wypełniają przedmioty o kruchej strukturze. Wtedy chwytam delikatnie i odkładam ostrożnie, jakbym trzymał w rękach niemowlę, którego opadająca główka potrzebuje wsparcia rodzicielskiej dłoni. 

 

A gdy jest już dawno po zachodzie słońca, a latarnie wszędzie dawno zgasły, patrzę wokół i nawet nie przecieram oczu ze zdumienia. Kartony pietrzą się przed nimi w coraz nowszych kondygnacjach. Zdarza się i tak, że wpatrując się w daną konstrukcję, na chwilę przymknę powieki lub odwrócę zmęczony wzrok. I tyle wystarcza aby to, co powstało na papierowych fundamentach, z powrotem walało się po mieszkaniu. 

 

Dzieje się tak ze względu na zaawansowane właściwości międzywymiarowe. Kartonom wystarczy kilka zgięć i szarpnięć, aby z trójwymiaru prześć w dwuwymiar i odwrotnie. Przy takim tempie wrota do czwartego wymiaru niebawem staną przed nami kartonem.

 

Powinno być otworem. Wiem, ale co poradzę? Kartony, oprócz czasu i przestrzeni w mieszkaniu, zajmują mi też głowę. Ilekroć porządkuję myśli, szukam słów do wypowiedzi, zderzam się z jedną ze ścian. Zamiast mówić, dukam – częściej prostackie równoważniki, niż klasyczne w prostocie i elegancji zdania. Zamiast myśleć, błądzę wewnątrz kwadratowej głowy pośród idei postrzępionych tak, jak resztki taśmy klejącej na brzegach tektury.

 

A kiedy w końcu ułożę coś zgrabnego to i tak nie przykuwam uwagi rozmówcy.

 

No bo czy kogoś, na dłuższą metę, interesuje to, ile pudeł spakowałem, rozpakowałem i przeniosłem?

 

Chyba tylko tych, co składają, składają i złożyć wciąż nie mogą.

zdjęcie do artykułu

Źródło – @dj_projektuje

Od lodówki, przez garaż, do lamusa

 

W nowym mieszkaniu żyjemy bez kuchni. Miała być z Ikei, lecz tym razem żółto-niebieski hegemon nie dowiózł. Zamiast szafek i blatów zafundował godziny wiszenia na słuchawce oraz niesmak. Na tyle wyraźny, że długo nie przykryją go ikeowskie hot-dogi i mrożony torcik Daim.

 

A przecież sami mówią – Ikea. Ty tu urządzisz.

 

Proponowałbym coś bardziej osadzonego w realiach, np: 

 

  1. Ikea. Ty tu zabłądzisz
  2. Ikea. Za ciężka do zniesienia
  3. Ikea. Tu się wykończysz

 

To są luźne propozycje. Wymagają szlifu, ale ze swojej strony rekomendowałbym trzecią opcję. 

 

Gdybyście słyszeli, że Ikea planuje zmieniać claim, dajcie cynk. Może akurat siądzie fajna współpraca.

 

Tymczasem wróćmy do kuchni, której wciąż nie ma.

 

Tylko lodówka jest tam, gdzie powinna. No więc otwieram tę lodówkę. W jej wnętrzu piętrzy się dieta pudełkowa na dziś i jutro.

 

Czy to przypadek, że akurat wtedy, gdy mieszkanie tonie w pudłach zadbaliśmy, aby kolejne wyskakiwały z lodówki? Dosłownie i w przenośni, jak w popularnym związku frazeologicznym?

 

Nie wydaje mi się.

 

Tak samo, jak nie wydaje mi się, że w garażu mamy pudełkowe epicentrum. To tam, niczym do schroniska dla zwierząt na Rybnej, trafiają wszystkie niechciane i porzucone kartony. Są wśród nich płotki po drobnych przedmiotach, grubsze ryby po książkach i rzadkie, wielkie gabaryty, które pomieszczą telewizor plazmowy, ramę łóżka lub kanapę.

 

Agnieszka Chylińska śpiewała, że kiedyś powie sobie dość i wie, że to już niedługo. Ja też nuciłem te melodię ilekroć przekraczałem garażową bramę. W końcu, gdy kartony ostatecznie zablokowały wejście, powiedziałem sobie to, co O.N.A.

 

Dość.

 

Tylko gdzie wywieźć śmieci, skoro MPO przyjeżdża dopiero za kilka tygodni?

 

Do lamusa.

 

Takie rozwiązanie zasugerował Lanco. Choć do lamusa mu daleko, to ostatnio odwiedził Lamusownię przy Nowohuckiej. Z jego relacji wynikało, że obiekt działa na podobnych zasadach, co biblioteka publiczna. Nie trzeba się zapisywać, nie trzeba mieć karty. Wystarczy opłacona składka za wywóz na terenie Krakowa. 

 

No i warto mieć przy sobie jakieś śmieci celem utylizacji. Na tym polega cała zabawa.

 

Na wjeździe do Lamusowni meldujesz się pod szlabanem. Deklarujesz ilość i rodzaj śmieci, pan sprawdza, czy masz uregulowane rachunki i wpuszcza Cię na wysypisko.

 

Teren jest świetnie oznakowany i prowadzi użytkownika niczym przejrzysta strona internetowa z pierwszorzędnym UX designem. Doświadczenie rozpoczyna się od wjazdu na poziom +1. Tam, na mniej więcej 100-metrowym odcinku, czekają kolejne stanowiska zrzutu. Wśród nich mamy drewno, metal, styropian, plastik, odpady zmieszane – wszystko, co dusza potrzebuje wypluć. Meldujesz się pod tym, które dotyczy Twoich śmieci, podchodzisz pod krawędź i ciskasz worki w dół. Prosto do ogromnego kontenera.

 

Nie spodziewałem się, że w zwykłym rzucie kryje się tak wiele satysfakcji. To wszystko trwa ledwie moment, a ile spraw rozwiązuje! Ile przestrzeni odkrywa! Ile ścieżek otwiera! Serce mi rosło, gdy obok widziałem małżeństwa, rodziny z dziećmi, dla których wyprawa do Lamusowni jest prawdziwą atrakcją. Czym to się różni od wycieczki do Energylandii? Ceną i brakiem kolejek na pewno.

 

A także poczuciem sprawczości. Wyrzucając śmieci tam, gdzie ich miejsce, robimy dobrze i sobie i planecie. Win-win. Choć w sumie nie znam się, a wypowiadam, bo w Energylandii nie byłem. Na szczęście do jej odwiedzin wkrótce będzie więcej okazji.

 

Wyjeżdżając z Lamusowni trafiliśmy na parter, wyposażony w takie bajery, jak zgniatarki do kartonów, specjalne, stożkowate pojemniki na szkło, a nawet miejsca do utylizacji sprzętu elektronicznego. Ze względu na domową kartonozę, to właśnie tu zabawiliśmy najdłużej. Po wszystkim znaki przy drodze asfaltowej pokierowały nas do wyjścia.

 

Naprawdę, cudze chwalimy, a swego nie znamy. Gdy Marsylia, Neapol, Budapeszt, Londyn tkwią w śmieciowym kryzysie, my możemy je wyrzucać, a w dodatku  świetnie się przy tym bawić. Żeby była jasność – nie polecam kolekcjonować śmieci, ale gdyby uzbierało się ich za dużo i chcielibyście przewietrzyć kubeł – jedźćie do Lamusa. Nie pożałujecie.

 

 

No i co? Pudło!

 

Kartony do stabilności potrzebują ciężaru gatunkowego. Niestety rzadko grzeją gdzieś miejsce na dłużej. Wędrują z rąk do rąk, by skończyć w kącie, na ziemi, w śmietniku. Bez kształtu i bez tożsamości, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto zechce im go nadać.

 

Na szczęście chętnych do przeprowadzek nie brakuje.

 

A nie ma takich, którę odbyłyby się bez udziału kartonów.

Źródło – @dj_projektuje

Data publikacji: 28.01.2026

skopiowano do schowka

Autor

Piotr Olejnik

Chcesz coś dodać?

Proszę bardzo 👇

oj coś nie pykło..., spróbuj jeszcze raz lub zgłoś problem: piotrolej@gmail.com